…podążasz jego ścieżką, tak? Czyli jak to jest z tymi autorytetami.
Zapewne wielu z Was ma jakąś pasję: taniec, pisanie, aktorstwo, muzyka. Kochacie to i znaczy dla Was naprawdę dużo, prawda? Założę się, że macie ulubionych mistrzów Waszej pasji. Założę się również o to, że wielu z Was chciałoby kiedyś stanąć na tym samym podium, co oni, i zdobywać laury, niczym olimpijczycy na greckich igrzyskach. Nie jest to złe, a nawet dobre, ponieważ daje to motywacje do działania i myśli, które mówią, że jak temu komuś udało się osiągnąć sukces, to dlaczego innym nie może się udać, skoro w swoją pasję i w swoje marzenie wkładają całe serce tak, jak i on. Sama mam trzech autorytetów – pisarkę z powieścią będącą początkiem mojej miłości do opowieści i marzenia o życiu w ciepłym mieszkanku z kubkiem kawy, mruczącym kotem u boku i laptopie na kolanach z włączonym edytorem tekstu, oraz dwóch mangaków, których mangi ukształtowały moją opowieść, nauczyły mnie sztuki tworzenia takich, a także pokazały prawdziwe piękno opowiadania historii. I to właśnie oni, a raczej ich dzieła, motywują mnie do pisania, by kiedyś stworzyć taką historię, która zadziwi świat i czytelnicy z niecierpliwością będą do niej dążyć.
Jednak bycie dobrym i godnym szacunku innych nie jest czymś obleczonym wspaniałością, ponieważ, mimo że mi samej daleko do autorytetu kogokolwiek, mogę sobie wyobrazić, co oni przeżywają.
- Termin na nowy film/książkę/mangę/grę/(wstawić brakujące) goni – deadline jest bezlitosny.
- Niezdecydowania czytelników – kiedy ich ukochany bohater umiera lub gdy nie spełnia się ukochana para.
- Niewiele masz z własnego życia – dziennikarze czyhają pod domem, że pewnie nawet pies obronny nie dałby im rady.
- Ciągłe spotkania z czytelnikami, często nawet brak czasu dla rodziny. Albo pisanie, albo opracowywanie kolejnych pomysłów, albo spotkania z czytelnikami.
Ale. Tak, znowu to ale, bo przecie ono wszędzie. Myślę, że gdyby nie było autorytetów, to właściwie nie byłoby w ogóle tych, którzy dążyli by celu. Bo czyż nie sama myśl, że komuś udało się coś osiągnąć utwierdza w przekonaniu, że samemu też da się radę? Tym bardziej, jeśli ten ktoś może być podobny do nas i wyrósł ze zwykłego domu, chodząc do zwykłej szkoły i niczym się nie wyróżniając, a w końcu pokazał wszystkim na co go stać i osiągnął marzenie. Zdaje mi się, że właśnie tak rodzi się pasja: doznanie dzieła kogoś, kogo dzieło pokochaliśmy i zapragnęliśmy stworzyć też coś, co poruszy innych. Czy to piosenka, książka, film lub gra – fascynacja pojawiła się w chwili, kiedy mieliśmy z tym styczność. Tak było i w moim przypadku, gdy zaczęłam czytać Harry’ego Pottera.
Jednak czym właściwie jest to pragnienie stania się kimś, jak autorytet? Bynajmniej nie jest to ciągłe kroczenie jego ścieżką i kopiowanie go z uporem maniaka, ale dzięki niemu znaleźć inną ścieżkę, taką swoją własną. Własny styl, własny głos, coś, dzięki czemu staniemy się rozpoznawalni i kojarzeni z nami samymi, a nie z naszymi autorytetami. Posiadanie autorytetu ma napędzać do osiągnięcia celu, nie zaś być murem, na którym można się opierać cały czas. Warto słuchać autorytetów, przeglądać ich dzieła i czerpać z nich garściami, ale pisząc „czerpać z nich garściami” nie mam na myśli powielania tego, co stworzył, tylko przekształcania tego i stworzenia czegoś wyjątkowego, tym samym inspirując się tym.
Warto słuchać rad innych, niż tylko autorytetów, bo niekoniecznie wykorzysta się wszystkie te rady, ale można coś z nich wyciągnąć, dowiedzieć się czegoś nowego. Być może dadzą możliwość otwarcia się na zupełnie nowe rzeczy? Może zrozumiecie coś innego, nierzadko lepszego nawet od swoich autorytetów? Może to coś sprawi, że odnajdziecie własny sposób na swoją pasję? Czy nie warto szukać inspiracji niekoniecznie w dziełach autorytetu?
Nie znam Was, nie wiem, czy może kochacie pisać, czy rysować lub tańczyć, ale mam dla Was radę:
Nie rezygnujcie z tego, co niekoniecznie dotyczy waszych autorytetów.
Nie rezygnujcie z tego, co niekoniecznie dotyczy waszych autorytetów.
Ktoś, kto pragnie stać się tak wielkim pisarzem, jak Tolkien, niech nie powiela tego, co on już zrobił: niech nie pisze kolejnych powieści o elfach i krasnoludach, ale o czymś innym, co stanie się jego „wizytówką”. Można stworzyć historię o aniołach i demonach w świecie tak rozległym, jak Tolkien. Gdy zobaczą, że znów piszecie o elfach, to większość czytelników uzna, że bezczelnie kopiujecie króla fantastyki, jak jest nazywany Tolkien. Co ja piszę, Wasza powieść pewnie nawet nie wpadnie w ręce miłośników książek, bo wydawcy skrzywią się na jej widok i wyrzucą w kąt. Warto tworzyć nowe rzeczy, niż powielać stare, a nuż okaże się, że to jest właśnie to i zakocha się w nich mnóstwo ludzi.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Dziękuję za komentarz! Bardzo mnie to motywuje!